ŁELKOM TU POLSKA

        Tak, tak, cudze chwalicie, swego nie znacie.
To piękne motto oraz inne w postaci "nie ma tego złego co by w domu nie wyszło", "na pochyłe drzewo każdy Burek nasika" czy "gdzie drwa rąbią, tam niechybnie w pobliżu tartak" przyświecają mi przy wyborze celu podróży. Kulturę, która wymyśliła tak przepiękne sentencje, postanawiam przybliżyć drogim czytelnikom.

        Wybór miejsca docelowego nie jest sprawą łatwą, o czym przekonuję się już po dwugodzinnym studiowaniu, nabytej na pchlim targu, sztabówki. Nie żeby nie była dokładna, ale naniesione na niej pozycję polskich i niemieckich wojsk nieco zamazują ogólny obraz, dekoncentrując niemieckimi nazwami.

        Trudno, nie będę zdawał się na kobiecą część mej intuicji. Wybieram miejsce już sprawdzone, jadę na Mazury!
Zawartość jezior i lasów pozwoli mi obficie korzystać z darów natury, znacznie odciążając mój podróżny budżet, a biorąc pod uwagę siłę lokalnego samogonu (patrz "Łelkom tu Finlandia" TDH nr 5 maj 2000) na brak rozrywki, czy wręcz sportów ekstremalnych, narzekać nie będę.

        Przygotowania do survivalowego wyjazdu rozpoczynam od zakupu atlasu grzybów popularnych, oraz podręcznika do biologii dla klas siódmych (znakomicie opisana fauna i flora naszych lasów, poza tym był tani). Do ekwipunku dołączam jeszcze plecak typu "Bolek", płaszcz-pałatkę pozostałość po stacjonujących wojskach radzieckich, parę dziennych i wieczorowych trampek oraz komplet haczyków na ryby wraz z przynętą.

        Przygotowania przebiegają wyjątkowo bez wpadek, zadowolony z siebie odkurzam zardzewiałą harcerską finkę, przygodo - nadchodzę!

        Autostop to stary wypróbowany środek lokomocji, dla takich globtroterów jak ja. Ale nawet tak wytrawni globtroterzy jak ja nie powinni stawać zbyt blisko jezdni. Obrażenie okazały się jednak powierzchowne i poza kilkoma drobnymi zadrapaniami i rozrzuconą, na odcinku 6 km, zawartością plecaka nic poważniejszego się nie wydarzyło.
Autostop jest jak kobieta, jeden odchodzi, zaraz będzie następny, trzeba być po prostu upartym. Moja konsekwencja już po 8 godzinach przynosi pierwsze rezultaty, dojeżdżamy do najbliższej wioski. Może to niektórych śmieszyć, dwa kilometry to nie wiele, ale psychologiczna bariera została złamana, jestem bliżej celu.
Noc przesypiam w pobliskim gospodarstwie niejakiej pani Antoniny (która, pomimo 123 lat zachowała niezwykła lotność umysłu).

        Następny dzień był szczęśliwszy, luksusowe auto zatrzymało się ze szmerem. Miało dowieźć mnie na same Mazury. Właśnie, miało! Połowa drogi upłynęła na radosnej konwersacji z kierowcą, niestety... Moja przynęta na ryby okazała się być bardzo żywotna i ciekawa świata. Tysiące komarów i wszelkiego robactwa, jakie ukrywało się pod nazwą "przynęta" rozlazło się po całym aucie. Jednak pierwszym stworzeniem jakie wyleciało z tego kramu byłem ja. Na szczęście byłem już prawie u celu podróży. Powiew jeziornej bryzy, zapach runa leśnego szybko pozwolił mi zapomnieć o troskach podróży i kosmicznym rachunku za czyszczenie Mercedesa klasy biznes. Bez pieniędzy, ale i bez nie ukrywanej radości zmierzałem dalej na północ.

        Uciekając przed wszechogarniającą cywilizacją, dalszą część wędrówki odbywam pieszo, polnymi drogami, lasami, żywiąc się darami natury i działkowców.
Przed zimnem chronił mnie mój płaszcz-pałatka, do dzisiaj! Zamroczony po zjedzeniu kolejnej garstki wilczych jagód nie byłem w stanie wydobyć z siebie nic poza tajemniczo brzmiącym bełkotem, to nie przekonało polskich służb ochrony pogranicza. Wielka czerwonogwardyjska gwiazda na płaszczu-pałatce oraz legitymacja harcerska jako żywo przypominająca legitymację komsomolca demaskowały mnie jako przybysza z azjatyckiej części Rosji. Obecnie jestem przetrzymywany już piąty miesiąc w Rosyjskich kazamatach, podejrzany jestem o przemyt radzieckiej technologii atomowej. Wg przesłuchujących mnie oficerów, atlas grzybów popularnych to nic innego jak zamaskowane zdjęcia wybuchów jądrowych z rosyjskich poligonów atomowych. Grozi mi dożywotni łagier, czyli jakieś 5-7 lat.

        Droga redakcjo, proszę wyciągnijcie mnie stąd, a obiecuję, że już nigdzie więcej nie pojadę.

Wasz podróżujący korespondent