ŁELKOM TU AFRYKA

        Popijając czarną kawę i nie poddając się czarnym wizjom, szukam nowego celu podróży. Sytuację dopełniają egipskie ciemności, jakie zapadły po awarii światła oraz ostatni artykuł "Czarnoziem w Czarnobylu". Dopiero jednak (konsumując, w takt utworu "Oczy cziornyje") ciasto murzynek, z radosnym: "Eureka!", rozlewam kawę na mój hebanowy stolik.

- Jadę do Afryki!!!

        Jak zwykle, skrupulatnie przygotowuję się do podróży. By nie wyróżniać się z tłumu tubylców, postanawiam spędzić trochę czasu w solarium. Chcąc trochę oszczędzić, korzystam z oferty najtańszego solarium w mieście, o dziwnej nazwie "Bambo". Ponieważ jestem ostatnim klientem, mogę wybrać kabinę. Maszyna jest dość stara, ale jak zapewnia właściciel - "jeszcze jara!" - cokolwiek to znaczy.

        Miłe ciepło rozleniwia, przesypiam dwie godzinki. Dopiero swąd spalonej skóry uświadamia mi gdzie jestem. O wyjściu nie ma mowy, klapa wiekowego urządzenia zacięła się na tyle skutecznie, że bez pomocy z zewnątrz nie dam rady Niestety byłem ostatnim klientem, więc czeka mnie długa, gorąca noc.
Wyzwolenie przychodzi na drugi dzień, wraz z pogotowiem i policją, ponieważ właściciel obarczył mnie dodatkowymi kosztami za nadprogramowe 12 godzin naświetlania. Nieprzytomny, w drodze do szpitala wszędzie widzę ciągnące karawany Beduinów.

        Nieprzyjemny incydent z solarium nie zmącił mego spokoju, jeśli by nie liczyć dziwnego odbarwienia. Dokumentnie spalony z przodu, miałem równocześnie dwie białe pręgi wzdłuż ciała (to od rąk) i czerwone plecy. Nigdy bym nie przypuszczał jak doskonale skóra może przylgnąć do rozgrzanego pleksiglasu!

        Podczas dwóch miesięcy pobytu w szpitalu obmyślam nowy, doskonały plan. Skoro nie mogę się upodobnić fizycznie, postanawiam zrobić wszystko, by w mojej klatce piersiowej zaczęło bić czarne serce. Łuk wraz ze strzałami nabywam na pobliskim pchlim targu, dzidę wykonuję samodzielnie, nakładając na kij od miotły, starą, wysłużoną finkę. Pozostają jeszcze paciorki i plemienna maska. W domowym skarbcu znajduje jedno i drugie, przy czym to drugie, to nieco przerobiona maska Świętego Mikołaja.
Tak wyekwipowany ruszam do miejskiego parku i przylegających doń ogródków działkowych. Niestety mój misterny plan legł w gruzach: już drugiego poranka wybrawszy się na polowanie zostałem złapany w pułapkę, którą jakiś zapobiegawczy działkowicz zastawił na złodziei. Wisząc głową w dół wyczekiwałem weekendu i przybycia właścicieli działki. Po pięciu dniach przybywa mój niefortunny oprawca, a wraz z nim policja, pogotowie i sanitariusze szpitala psychiatrycznego. Ale nic to!

        W szpitalu dokształcam się lekturami: "Chata wuja Toma", "Tomek na czarnym lądzie", "Pożegnanie z Afryką" i "Czarnoksiężnik z krainy Oz". Podbudowany intelektualnie śmiało ruszam ku przygodzie. Sprytnie ukryty w ciężarówce z pomocą humanitarną dla Afryki, wyczekuję przybycia na kontynent.

        Po dwóch tygodniach podróży w kontenerze z sucharami zaczynam doceniać wartość wody. Traktuję to jako suchą zaprawę przed trudami Czarnego Lądu. Suchary skierowane zostały do jednego z plemion, które od kilkudziesięciu lat walczy z innym plemieniem - za to, że Ci pierwsi ukradli drugim ichniego bożka. Skąd to wiem? Bo ich bożek był z przodu czarny, z tyłu czerwony i miał dwie białe pręgi po bokach!

        Droga redakcjo, mijają już cztery miesiące pory deszczowej, odkąd objąłem stanowisko lokalnego bożka. Zakończył się nawet konflikt z sąsiadami, niestety kolory zaczęły ze mnie niebezpiecznie schodzić i blaknąć. Nie chciałbym niepotrzebnie wpadać w panikę, ale mięso które oni jedli do sucharów, to nie była Konserwa Tyrolska".

        Droga redakcjo, proszę wyciągnijcie mnie stąd, a obiecuję, że już nigdzie więcej nie pojadę.

Wasz podróżujący korespondent