ŁELKOM TU INDIE

        Indie - kraj Wisznu, Siwa i Jabola, świętych krów, świętego Gangesu, U-bóstwa, much i Kamasutry.

        Do podróży natchnął mnie kupiony na pchlim targu podręcznik hinduskiej sztuki kochania pt. "Kamasutra - czyli jak doprowadzić do orgazmu wszystko, co się rusza". Ponieważ mam słabość do dobrej literatury decyzja zakupu zapadła natychmiast. Już w domu, z wypiekami na twarzy, zgłębiałem pierwszy rozdział. Sześćdziesiąt stron wstępu było jedynie częścią teoretyczną, opisującą, głównie, efekty po wdrożeniu w życie rozdziału drugiego. Kobiety miały odtąd padać przede mną i całować ziemię, po której stąpam. Właśnie "miały", po wstępie, okazało się, że część praktyczna została brutalnie wyrwana przez poprzedniego miłośnika wschodniej literatury.

        Decyzja była tylko jedna - podróż do Indii! Wciąż mając przed oczami tabuny podnieconych kobiet, czekających na kiwnięcie mojego palca i nie tylko, natychmiast przystąpiłem do przygotowań.

        Jako wytrawny globtroter z miejsca odrzuciłem możliwość podróży pociągiem, mimo, że tanio to jedna za długo. W biurze podróży wybieram najbardziej interesującą ofertę linii lotniczych o dziwnej nazwie "NoName-air". Zainteresowany jestem, głównie, śmiesznie niską ceną oraz możliwością opłat dowolnym dobrem lub inwentarzem żywym. Płacę, więc w połowie gotówką, do tego dokładam stary namiot, akwarium i "Atlas grzybów popularnych".
"Już za parę dni, za dni parę, ujrzysz Indie swe i Sitarę..." rozmarzyłem się. A swoją drogą Indianie do tej pory kojarzyli mi się bardziej z bizonami i Klientem Istłudem niż z Kamasutrą i świętymi krowami. No cóż, lepiej później niż wcale, uzupełniać braki w edukacji. Ponieważ temperatura w Indiach znacznie przekracza to, co uważamy za ciepło w kraju, zabieram, więc ze sobą jedynie kilka podkoszulków w tym mój ulubiony z nieco już wytartą podobizną Naczelnego "Dobrego Humoru".

        Lekki bagaż i lekkość na duchu wspomagam wysokooktanowym samogonem babci Odrowąż, który to uchroni mnie przed różnego rodzaju tropikalnymi choróbskami, bakteriami, amebami, amfibiami, żółtaczką, białaczką, czerwonką, czarną ospą i panicznym strachem przed podróżą samolotem.
Samolot przypomina nieco arkę Noego skrzyżowaną z Titanickiem, tuż po zatonięciu. W środku nie lepiej, stado ptactwa wzburzone moim wtargnięciem spłoszyło kozę, spokojnie przegryzającą worek z ryżem, wypłoszona koza przewróciła klatkę z kurami następnie zgasło światło, nie wiem czy to na skutek samogonu babci Odrowąż, czy też kapitan chciał w ten sposób uspokoić krzykliwą menażerię.

        Budzę się już na miejscu lizany przez kozę w stopę. No, jeszcze tylko otrzepać się z siana i kurzych gówienek i... w drogę.
Bardzo ciepłe powitanie, około 40°C, powaliło mnie na ziemię (duży wkład w efektowną wywrotkę miała kolejna kurza kupka na schodach samolotu). Wywinąwszy pięknego orła zdążyłem jeszcze zrobić dwa tulupy, jednego Radebergera poczym ległem plackiem na płycie lotniska. Rozległy się brawa, ktoś krzyknął, nawet, bis. Należało jeszcze tylko dostać się do hotelu, ponieważ z doświadczenia wiem, że jest to, zazwyczaj, najcięższy odcinek podróży, wynajmuję któregoś z bosonogich rikszarzy. Zdaje się, że zawód taksówkarza, niezależnie od posiadanego środka lokomocji i szerokości geograficznej rządzi się tymi samymi prawami. Cztery godziny kluczenia po mieście pozwoliły mi dogłębnie zapoznać się z topografią terenu oraz osiągnięciami architektury hinduskiej, z niektórymi nawet po kilka razy.

        Już na miejscu, czterogwiazdkowy hotel okazał się tanią budą, a rzekome gwiazdki, które widziałem w folderze, były fragmentem ornamentu na fasadzie budynku. Pokój był utrzymany w podobnym stylu, zamiast klimatyzacji, wiszący u sufitu, wiatrak leniwie mieszał powietrze i stada much przesiewając co słabsze sztuki. Symbioza z karaluchami okazała się prostsza, w dzień zgodnie uciekały przed moim wzrokiem, chowając się po kątach by wychodzić na żer w nocy, wtedy to ja uciekałem przed ich wzrokiem chowając się pod poduszką.

        Do zwiedzania miasta, założyłem koszulkę z podobizną Naczelnego i gustowne trampki. Piękna pogoda oraz kolorowy tłum, utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie to piękny dzień. Po drogach wałęsały się bezpańskie krowy i dzieci. Znajdujący się nieco na uboczu budynek, kusił wyszukaną formą, otwartymi drzwiami i brakiem tłumów hindusów. W środku, dodatkowo nęcił miły chłodek, kosz owoców i wciąż brak hindusów. Posilony owocami zdrzemnąłem się na chwilkę.
Otworzywszy oczy czekała mnie niespodzianka, tłum łysych tubylców wlepiał oczy na przemian to we mnie, to na koszulkę z rozmazaną podobiznę Naczelnego.

        Budynek ów okazał się być świątynią krwiożerczego boga Śniartrawajamy, który to objawił się ponownie na ziemi, a to za sprawą mojej koszulki z Naczelnym, która jako żywa przypomina kolejne wcielenie Śniartrawajamy.

        Chcąc nie chcąc wybrano mnie głównym kapłanem, nawet zdążyłem się już przyzwyczaić, ale odkąd pokazałem im, że święte krowy można doić, żądają kolejnego cudu. Niektórzy przebąkują nawet, że następne wcielenie Sniartrawajamy będzie na pewno lepsze i dają mi delikatnie do zrozumienia, bym w tym nieco pomógł.

        Droga redakcjo, proszę wyciągnijcie mnie stąd, a obiecuję, że już nigdzie więcej nie pojadę.

Wasz podróżujący korespondent