ŁELKOM TU ITALIA

        Włochy - kraj pizzy, makaronu, spaghetti, sosów Bolońskiego, Napoli, oliwek, serów, wina... właściwie to co oni jeszcze robią poza jedzeniem!?

        Z takim pytaniem spędzam tydzień w pobliskiej pizzerii, mógłbym pewnie i dłużej, ale salmonella nie okazała się być odmianą mocarelli, jak sądzili początkowo kucharze. Dalszych studiów nad kuchnią włoską podejmę się już na miejscu, szczególnie, że próba pędzenia wina, o podobnych walorach smakowych jak włoskie, zakończyła się efektownymi fajerwerkami aparatury destylującej i przymusową eksmisją z mieszkania. Brak dachu nad głową dodatkowo mobilizuje mnie do szybszego udania się na ciepłe południe.

        Brak rachunków za prąd, gaz, mieszkanie to niebywała zaleta zaistniałej sytuacji i spory zastrzyk pieniędzy jakie mogę przeznaczyć na podróż.
Drogę zamierzam przebyć autostopem. Już po sześciu godzinach stania, zatrzymał się samochód. Jacyś mili panowie powiedzieli, że właśnie jadą w tamtym kierunku i mnie chętnie wezmą, w zamian mam im tylko pomagać przenosić zakupy przez granicę, bo oni mają chore kręgosłupy i nie mogą dźwigać ciężarów. Musieli być faktycznie mocno chorzy bo nawet nie kierowali samochodem tylko mieli szofera, a w środku było bardzo dużo miejsca tak by mogli wyciągnąć obolałe plecy i nie przeszkadzać sobie nawzajem. Ciemne szyby w oknach chroniły ich, też chore, oczy przed słońcem, biedni ludzie.

        Zakupy nie były nawet ciężkie, nosiłem je tylko kilkadziesiąt metrów przez granicę. Nawet głupio mi było, że tak okradam kaleki i postanowiłem dorzucić im się, przynajmniej, za benzynę, panowie bardzo się ucieszyli i długo się uśmiechali, a potem powiedzieli, żebym uważał na siebie w te upały, co za mili ludzie.

        Jeszcze przed podróżą, dużo czytałem o temperamencie mieszkańców półwyspu apenińskiego. Są bardzo rodzinni i serdeczni, wręcz wylewni, dlatego postanowiłem zaatakować ich tą samą bronią. Mój chytry plan zamierzałem wykonać na pierwszym napotkanym autochtonie. Stało się to w Neapolu, bo tam zawieźli mnie moi schorowani przyjaciele. Wyskoczyłem i ucałowałem stojącego w pobliżu, schludnego, staruszka. Nie wiem dlaczego ów człowiek zbladł jak ściana, huk wystrzałów (pewnie na wiwat, to taki radosny naród) słyszałem jeszcze z daleka.
Spragniony i głodny udałem się odrestaurować swój organizm, w którejś ze słynnych włoskich restauracji. Ponieważ będąc jeszcze w kraju, odłożyłem sporo pieniędzy i dodatkowo zaoszczędziłem znacznie na kosztach podróży, mogę wiec zaszaleć w jakimś lepszym lokalu.

        Przez godzinę nie trafiłem nic godnego uwagi, dopiero elegancka para, a za nią następna, znikająca w obskurnej bramie wzbudziła moje zainteresowanie. Sprawa była prosta, należało tylko podejść do żelaznych drzwi dwa razy zapukać i powiedzieć mangaire, bułka z masłem. Jak się okazało mój wytrawny nos globtrotera nie mylił się, w środku kryształowe żyrandole, damy w perłach, panowie w smokingach, jednym słowem luksus, skoro taka klientela to co za jedzenie tu podają, tak myśląc zacierałem już w myślach ręce i czekałem na obiad mojego życia.
        Trochę dziwnie nas usadzili, po pierwsze to nie było stolików i wszyscy byli zwróceni w stronę małego podium, ale może tak ekstrawagancko wypada w takim towarzystwie? Po chwili pojawił się główny mistrz ceremonii, powiedział coś w rodzimym narzeczu, poczym wniesiono na scenę kolorową wazę. Trochę mało tej zupy - pomyślałem, okazało się jednak, że to nie dla wszystkich, ale dla najbardziej wytrwałych, wszyscy głodni podnieśli ręce w górę i trzymali je tak długo, aż się zmęczyli i wygrywał ten co trzymał łapę najdłużej, trochę dziwnie, ale co kraj to obyczaj. Zadowolony z szybkiego rozgryzienia obowiązujących tu procedur czekałem na następną potrawę.
Kolejne wniesiono wino, zgłosiły się tylko dwie osoby i ja, nie musiałem nawet długo czekać, bo szybko się zmęczyli, a ja poza flaszką dostałem jeszcze gromkie brawa. Pół butelki wypiłem od razu, czym wzbudziłem ogólna wesołość i kolejne salwy braw. Może to nie elegancko pić z gwinta, ale nie chciało mi się czekać, aż wniosą kieliszki i znowu trzeba będzie się zgłaszać. Wino okazało się cierpkie i nieco żelowate, nic specjalnego.

        Drugą połowę wypiłem już z żałości po tym jak szef mafii organizującej aukcję pokazał mi rachunek za flaszkę...1,5 miliona dolarów za rocznik 1690!

        Nie zabili mnie od razu, obecnie odrabiam moją butelkę jako pomoc kuchenna w typowej włosko-mafijnej restauracyjce, ostatnio szef powiedział, że jak się będę przykładał to zostanie mi 120, a nie 140 lat pracy.

        Droga redakcjo, proszę wyciągnijcie mnie stąd, a obiecuję, że już nigdzie więcej nie pojadę.

Wasz podróżujący korespondent