ŁELKOM TU AUSTRALIA
Australia - kraj kangurów, rekinów, potomków angielskich skazańców, kangurów, góry Kościuszki, czarnych nie murzynów grających na takiej śmiesznej długiej rurze, kangurów i misiów koala, żywiących się liśćmi eukaliptusa, bogatymi w olejki eteryczne, dzięki czemu będąc cały dzień na bani mogą przetrwać australijską nudę.
Właśnie owe liście zainspirowały mnie do zwiedzenia tego odległego kraju, kontynentu, nie, kraju... a jeden pies.
Przed oczami rozpościerała się wizja hektarów nieużytków oraz milionów gardeł w Polsce, gotowych na przyjęcie australijskiej nowinki.
Do podróży przygotowuję się jak zwykle z pieczołowitą skrupulatnością, wypijając litry EB (udziałowcy owego browaru są z Australii) oraz wprawiając się w rzucie bumerangiem. Dopiero szesnasta rana i wstrząs mózgu, spowodowany powracającym bumerangiem, przekonał mnie o bezzasadności tego rodzaju praktyk. Dwa tygodnie, zalecanej w szpitalu, rekonwalescencji spędzam w domowym zaciszu w pobliżu włączonego na full grzejnika elektrycznego. W ten sposób chcę uniknąć szoku, jaki przytrafia się wszystkim mniej wytrawnym podróżnikom w spotkaniu z 40 stopniowym, australijskim upałem. Niestety horrendalny rachunek za prąd oraz poparzenia II stopnia zweryfikowały nieco dotychczasową strategię przygotowań.
Muzyka łagodzi obyczaje, a na pewno zgrabnie wykonana na aborygeńskich rurach, złagodzi nie jedno serce australijskich pramieszkańców.
Konstrukcja takowego instrumentu jest prosta i to dosłownie, wystarczy zaopatrzyć się w odpowiednio długą rurę. Z braku naturalnych surowców, jakimi posługują się Aborygeni, używam walających się po mieszkaniu, starych rur PCV. Zbudowany przeze mnie instrument ciągnie się od pokoju poprzez kuchnię, aż do wyjścia na klatkę schodową.
Niestety pomimo wielogodzinnych wysiłków nie wydobył się nawet najmniejszy dźwięk. Zmęczony porażką i dmuchaniem zamierzałem udać się na spoczynek, właśnie "zamierzałem". W realizacji tego projektu przeszkodziła mi wyłamująca drzwi Policja, wojsko, agenci Molder i Skaly oraz wścibscy sąsiedzi. Okazało się, że mój instrument i owszem nie wydobył żadnego dźwięku, ale żadnego słyszalnego przez ludzkie ucho. Infradźwięki, jakie wygrywałem przez ostatnie 3 godziny zatrzymały rozrusznik serca sąsiada z góry, wybiły okna w bloku obok, wpędziły, hordy wałęsających się po mieście psów, w dziki obłęd i bóg wie, co jeszcze.
Zostałem oczywiście aresztowany, a rura rozebrana. Nie dane mi było jednak spędzić najbliższego czasu w więzieniu. Wynalazkiem natychmiast zainteresowało się wojsko. Na szczęście mój żenująco niski wynik testu na inteligencję wykluczył jakąkolwiek przemyślaną działalność zagrażającą bezpieczeństwu państwa.
Zresztą i tak musieliby mnie wypuścić, rury kanalizacyjne były już nie pierwszej młodości stąd natychmiastowe zakażenie, a w konsekwencji dur brzuszny pozwolił już z perspektywy szpitala zadumać się nad celem podróży.
Dzięki obiecanej przez Naczelnego podwyżce zakupiłem nowiutkie pepegi, dostałem również nową koszulkę z jego podobizną i butelkę gazowanej Mazowszanki. Tak namaszczony oraz spakowany w plecak typu "Bolek" ruszyłem w nieznane, tzn. na Okęcie.
Lot minął wyjątkowo bezproblemowo i nie długo (biorąc pod uwagę 15 godzin czekania na płycie lotniska).
Już w Sydney uderzyła mnie wpierw fala 40 stopniowego upału, a następnie oryginalny australijski bumerang. Poza powierzchownymi obrażeniami i odciśniętym na czole napisem "Welcome to Australia" nie odniosłem większych szkód. Łyknąwszy więc nieco Mazowszanki poszedłem wtopić się w tłum.
Okazało się to wcale łatwą sprawą. Przeraźliwy upał wymiótł wszystkich mieszkańców. Chłodna logika podpowiedziała mi, że w takie upały każde zwierze w tym człowiek ciągnie do wody, tam też spodziewałem się spotkać tubylców i tambylców. Jak wiadomo Australia to wyspa, chociaż kontynent, w każdym bądź razie otoczony ze wszystkich stron wodą, należało więc tylko iść naprzód i zawsze dotarło by się nad wodę. Mijały godziny, może to sprawa upału, a może lekko już stęchłej Mazowszanki, z objawami udaru słonecznego nieświadomie zmierzałem w niewiadomym kierunku. Orzeźwiony dopiero chłodem nocy i perspektywą spotkania miejscowej fauny (węże, skorpiony) postanowiłem zawrócić. Wyszukawszy w tym celu najjaśniejszej gwiazdy na niebie (gwiazdy Polarnej) zacząłem kierować się z powrotem na wschód. Dwa dni marszu w upale i kurzu nie dały mi nic do myślenia, dopiero ściskając w ręku pustą butelkę po Mazowszance doznałem objawienia. Jesteśmy na półkuli południowej i stąd nie moja gwiazda Polarna nie jest gwiazdą Polarną, idę wiec w fałszywym kierunku. Pokrzepiony tą myślą przestałem się nawet martwić, że od czterech dni błądzę po pustyni bez kropli wody.
Wciąż ściskając butelkę z zadumy wyrwało mnie ujadanie sfory dzikich psów Dingo. Nie wyglądały na szukające kompana do zabawy, a raczej na chętne do wzbogacenia swojej codziennej, psiej diety.
Dopiero, jednak, mając oddech tych bydląt na plecach obudził się we mnie zwierzęcy instynkt i ostatnim przebłyskiem świadomości przegryzłem dno butelki, przyłożyłem do ust i... dmuchnąłem. Podobnie jak wcześniej w Polsce nie wydobył się żaden dźwięk, ale podobnie jak wtedy w psy rozbiegły się z dzikim ujadaniem.
Padłem zemdlony, czy to z nadmiaru wrażeń czy też przez jad węża, na którego nadepnąłem. Gdy otworzyłem oczy otaczała mnie grupa czarnoskórych mężczyzn. Droga redakcjo przy pomocy butelki Mazowszanki rozgoniłem stado dzikich psów Dingo, które latami dręczyło owe plemię. W zamian uratowali mnie od niechybnej śmierci od jadu węża. Przy pomocy innej rury przepędziłem, nękające ich pola, kangury. Od tego czasu pilnuje mnie bez przerwy dwóch uzbrojonych w bumerangi typów. Teraz budują mega rurę, nie wiem, co chcą zrobić, ale wczoraj usłyszałem coś o "whit shit" i dużo machali w kieruku Sydney.
Droga redakcjo, proszę wyciągnijcie mnie stąd, a obiecuję, że już nigdzie więcej nie pojadę.