ŁELKOM TU GRENLANDIA
Grenlandia - kraina lodów, mrożonek, niedźwiedzi polarnych, Marka Kamińskiego i sterty śmieci pozostawionych przez setki wypraw polarnych.
Do wyprawy przygotowuję się jak zwykle z pieczołowitą starannością. W domu panuje wieczny przeciąg, ja natomiast śpię w pobliżu otwartych drzwi lodówki. Na wszelki wypadek stałem się też bardziej oziębły wobec sąsiadów. Piję wyłącznie Ice Tea zagryzając mrożonymi kurczakami.
Sucha zaprawa trwałaby pewnie dłużej, gdyby nie horrendalny rachunek za prąd (to nie jest takie łatwe, w środku lata osiągnąć w domu ujemną temperaturę przy pomocy tylko jednej wysłużonej lodówki Mors). Nic to!
Elektrownia, oczywiście, odcięła mi prąd, ale panujące ciemności dodatkowo hartują mego duch i ciało na spotkanie słynnej wielomiesięcznej nocy polarnej, nie ma wiec tego złego co by na dobre nie wyszło. Niestety przygotowania zostały drastycznie przerwane kilkunastodniową biegunką, spowodowaną nadużyciem surowych kurczaków. Mogłoby się wydawać, że czas spędzony w szpitalu był czasem straconym, ale nie. Wszechobecna biel szpitalna to przy odrobinie wyobraźni, jako żywo krajobrazy Grenlandii.
Po wyjściu ze szpitala raźno przystąpiłem do zbierania ekwipunku. Najważniejszą jego częścią są... noże, które posłużą mi w handlu wymiennym jako środek płatniczy. Jak wiadomo Eskimosi sami ich nie wytwarzają wyrobów żelaznych, komu by się zresztą chciało w takie zimno iść do pracy. Niezbędne ubrania, żywność, psi zaprzęg zakupię już na miejscu dlatego dodatkowe miejsce w plecaku zapełniam kolejną porcją noży. Braki w polarnej edukacji nadrabiam, szybko "Białym Kłem" Londona i "Białym" Kieślowskiego. Problem środka transportu okazał się najmniejszym zmartwieniem, a to dzięki naszemu słynnemu podróżnikowi - polarnikowi Markowi Kamińskiemu, który regularnie raz do roku przebywa w tamtych rejonach. Należało jedynie nakłonić rodaka na dodatkowy ludzki bagaż.
Miesiąc ciągłego wyczekiwania w bramie posesji pana Marka przełamał pierwsze lody, w bezpośredniej rozmowie mój gorący zapał stopił całkowicie dalszą nieufność.
Już na miejscu, urzeczony krajobrazami i przenikliwym zimnem natychmiast przystąpiłem do działania. Pierwszych trzydziestu napotkanych osobników okazało się być członkami innych ekspedycji polarnych. Dopiero po paru godzinach pojawił się jakiś typ na skuterze śnieżnym, okazał się być autochtonem.
Wszelkie próby negocjacji co do handlu "nożami na wszystko co mi jest potrzebne do przeżycia na biegunie" spełzły na niczym. Parę kilo żelastwa okazało się zupełnie zbędne.
Na szczęście uratował mnie mój wygląd. Byłem jedynym, który stał na lodowcu w półbutach i dżinsowej kurtce, to wywołało niebywale dobry humor u tubylca. Płynną angielszczyzną wytłumaczył mi, że takiego cudaka nie widział oraz, że mogę z nim pojechać.
Już w wiosce okazało się, że nie ma problemu ze zdobyciem ciepłych, polarnych ubrań i żywności, wystarczy zamówić przez Internet. Co też uczyniliśmy, a dzięki uprzejmości mojego gospodarza zapłaciliśmy jego kartą Visa.
Obecnie odrabiam, już 5 miesiąc, zamówione towary i zbieram na bilet powrotny zabawiając miejscową ludność i przyjezdnych cyrkowymi sztuczkami przy użyciu noży.
Droga redakcjo, proszę wyciągnijcie mnie stąd, a obiecuję, że już nigdzie więcej nie pojadę.