| DAMY RADĘ
Wyprawa do Rumunii - 1998
Wujek
Ola Gosia Luida Agnieszka Iwona Rafał Darek
Poniedziałek Spotykamy się w komplecie (8 sztuk) na dworcu o godzinie 17:30, mamy pociąg o 18:07 do Wrocławia. Wraz z Gosią, Agnieszka i Rafałem mamy nasze nacjonalistyczne czapeczki z napisem Polska i z orzełkiem, ale wszystkich nas kasuje Wujek w więziennym nakryciu głowy z napisem 284. Humory dopisują. Do końca nie wierzę w to co robię R u m u n i a, U k r a i n a, zaczyna ogarniać mnie przerażenie. Znajdujemy przedział tylko dla siebie, jakoś nikt nie ma ochoty grać na gitarze. W czasie drogi nie wiele się dzieje no może poza wujowymi skarpetami, które znalazły się po drugiej stronie szyby pociągu, mam w tym swój niechlubny udział. We Wrocławiu jesteśmy o 21:00, dokonujemy ostatnich zakupów (tzn. "Żubrówki") i pędem na pociąg do Przemyśla, te pędem trwało 1 godzinę. Na dworcu Ola przyciąga meneli. Zazwyczaj chcą pogadać, ostatni chciał się napić i dopiero pogadać. To chyba wtedy pada historyczne zdanie wypowiedziane przez Gosię "damy radę", stało się ono mottem naszej wyprawy i podtrzymywało nie raz w różnych sytuacjach. O 22:25 ruszamy do Przemyśla, nie mamy tak dużo szczęścia jak ostatnio wiec siedzimy w dwóch przedziałach, Agnieszka, Gosia i Iwona w jednym my w drugim. Robimy trochę dymu i zamieszania w przedziale, wyciągamy gitarę i "Żubrówkę", współpasażerowie nie mają innego wyjścia muszą się przyłączyć. Próbujemy przekrzyczeć pociąg, po paru godzinach walki powoli ustępujemy. W przedziale zaczynają tworzyć ciekawe kompozycje z poplątanych ciał. Pozostałym początkowo to przeszkadza, ale wkrótce biorą udział w naszej ekwilibrystyce. "Darek wciąż gada" jako, że miałem problemy z zaśnięciem zacząłem rozmawiać z naszym współpasażerami, a dokładnie z jedną, rozmowa była na tyle interesująca, że przegadaliśmy parę godzin (od 1 00 do 5 00) nie dając spać tym samym innym. Zasypiamy na dobre około 6 00, o 6 30 jesteśmy w Przemyślu, wysiadka. Wtorek Jest 7:00, mamy wszystkiego dość - królestwo za prysznic. Pani w toalecie w Przemyślu nie może uwierzyć, że wydzielony przez nią 15 cm pasek papieru toaletowego może mi nie wystarczyć... Po krótkich pertraktacjach używam "swojego" co wcale nie umniejsza zdziwienia babci klozetowej. Nie wiedziałem, że papier jest jeszcze towarem deficytowym, podobną historię przeżywa Gosia, myjąc zęby w toalecie, osobnik pilnujący toalety był zszokowany tego rodzaju czynnością do tego stopnia, że nie zażądał żądnych pieniędzy za ten proceder. Ciekawe co będzie dalej... (damy radę. Czekamy na autobus (7:30). Zastanawia nas jak się pomieścimy w nim, szczególnie biorąc pod uwagę oczekujących również Ukraińców i Rumunów, klasyczne torby w kratkę mają monstrualne rozmiary, a ich ilość przekracza chyba znacznie rozmiary autobusu. Autobusem jadą jeszcze inni Polacy, ale również w celach turystycznych. Wreszcie jest autobus, mamy rezerwacje, próbujemy pakować plecaki między tony śledzi, herbat, i innych gadżetów. W poprzednim roku ktoś "przemycał" tonę cebuli w czarterowym autobusie (sic!). Po drodze do granicy mijamy dwujęzyczne napisy, tak bardzo bronimy się przed językiem rosyjskim w szkołach, a tutaj proszę, rynek jest najlepszą motorem rusyfikacji. Wreszcie granica, pierwsza kontrola poza czekaniem nie wiele się wydarza, najciekawsze przed nami, granica Ukraińska. Faktycznie poza godziną czekania na nic, spotyka nas niespodzianka, wszyscy podróżujący przez ten kraj muszą wykupić ubezpieczenie, niestety nie informują nas czego ma dotyczyć, (tłumaczenie, że mamy swoje ubezpieczenie) pokazujemy kwity, nic nie daje. Cztery dolary od osoby, (albo 6 hrywni) dopiero później okazuje się, że nie 4 a 3$ mamy wpisane w "ubezpieczenie", pani celniczka zatrzymała sobie po dolarze od osoby, za nami jeszcze jeden autokar popełnia ten sam błąd. Przez ten czas nie można pójść do toalety ponieważ jest po drugiej stronie granicy, czynności paszportowe ciągną się niemiłosiernie. Wyjeżdżamy o 10:15 co, jak mówi Wujek jest wyjątkowym sukcesem. W autobusie panuje już rozluźnienie, podróżujący z nami Rumunii pomagają wybrać najlepszą trasę. Ciągle nie mamy konkretnej trasy podróży. Rumunii mówią o polskich wioskach w pobliżu granicy rumuńsko ukraińskiej, zobaczymy. Do godziny 18:00 jedziemy przez Ukrainę, czujemy się jak w wehikule czasu, to jest naprawdę inny świat. Przystajemy na chwilę by przepuścić gęsi przechodzące przez drogę. Trzykrotnie robimy przerwy w podróży dla rozprostowania kości, chętnych zapuszczenia się w głąb lasu odstrasza zapach oraz ewentualne "miny". Jadąc przez Ukrainę nawet nie próbujemy śpiewać "Hej sokoły", jesteśmy zmęczeni, spoceni i marzymy o kąpieli. Nasi rumuńscy przemytnicy zaczęli palić papierosy, nie idzie wytrzymać w i tak dusznym autobusie. Dookoła zieleń, obskurne drogi i domy, tylko gdzieniegdzie pojawiają się wille na miarę zachodnich (pewnie tzw. noworuscy), wszyscy nie mogą być biedni. Z okien autobusu nie wiele widać, ale zastanawia brak jakiejkolwiek kanalizacji przy drogach, nawet w dużych miastach, podobnie rzecz ma się z polami, melioracja jest tu chyba nie znana. Ciekawa sprawa - wzdłuż trasy jaką jedziemy znajdują się wspaniałe przystanki autobusowe, wyłożone wielobarwną mozaiką o motywach roślinnych, abstrakcyjnych i ideologicznych. Zupełnie nie pasują do krajobrazu. Co jakiś czas mijamy pomniki, nawet w małych wioskach. To też wygląda jak dla nas niecodziennie, pośród wiejskich chatek, gęsi, krów wyrasta nagle futurystyczna budowla. Przekraczamy granice, trwa to dość długo, opieszałość celników przechodzi wszelkie "granice", ale chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić, czas zdecydowanie biegnie tutaj innym tempem (apropo czasu, Ukraina i Rumunia mają czas o godzinę wcześniejszy niż polski). Około 19:30 jesteśmy przy granicy Rumuńskiej, ponowne czekanie, każą nam przy tym bezsensownie wypakowywać plecaki, przy czym nie sprawdzając ich ładujemy je z powrotem. Jakiś celnik po polsku pyta nas (dość uprzejmie) gdzie jedziemy itd. Wymieniamy w pobliskim kantorze część dolarów (kurs 1$ = 8500 lei). J e ś ć, s p a ć, k ą p a ć s i ę !!!! Około 11:00 dojeżdżamy do Suczawy, uważamy by przez "pomyłkę" nie wypakowano naszych plecaków. Jesteśmy przy dworcu autobusowym, trzeba znaleźć drogę do PKP (w Rumunii jest CRF). Podwozi nas taksówkarz, starą zdezelowaną Dacią. Chcemy zrobić mu przysługę, dać możliwość zarobienia i po zawiezieniu pierwszej czwórki czekamy na następny kurs (umawiamy się na 15000 lei za kurs) później okazuje się, że chciał nas naciągnąć i policzył kurs powrotny również za 15000 lei, tłumaczymy mu, a właściwie próbujemy, że i tak zarobił, a wziąć mogliśmy dwie taksówki jednocześnie. Niestety, my nie znamy rumuńskiego, on nie zna żadnego innego języka, sytuacja jest niezręczna. Płacimy mu jeszcze 5000 lei i żegnamy naciągacza. Chcemy jeszcze zamienić 100$ u taksówkarzy, ale kurs mają śmiesznie niski, są nieco namolni więc podajemy swoją propozycje, odchodzą z kwitkiem. Najciekawsze wydarzenie dnia, szukamy dworcowej toalety, chcemy się przebrać, umyć. Jest!!! Na naszych oczach ucieka z niej szczur chowając się w czymś co przypomina toaletę jest to po prostu dziura w ziemi i miejsce na nogi, nie ma mowy o umyciu się, brak zlewu i kurka, przebrać się też nie można ponieważ zapach nie pozwala. Wszędzie walają się pozostałości po "potrzebach". W toalecie damskiej jest lepiej, jest kawałek lustra i działa kran. Jeszcze tylko raz wchodzimy do męskiego WC, ale tylko po to by zrobić zdjęcie, ponownie szczur ucieka na naszych oczach do pseudo muszli. Pociąg do Ploesti mamy o 5:55, idziemy do pobliskiej knajpy, pomimo późnej godziny wciąż dużo ludzi. Spotykamy tutaj chłopaka, który okazał się znać język polski, robi "biznes" w Zgorzelcu, ma nawet polską żonę. Pomaga nam tłumaczyć, zamawiamy "apa colt" = wrzątek. Ostrzega nas żebyśmy uważali bo nie każdy jest taki jak on, bierzemy to pod uwagę i nawet nie razi nas lokalny amator wina wymiotujący koło naszych stolików, ani pies który "to" zjada. Zaczyna kropić deszcz, po raz ostatni odwiedzamy toaletę (okazuje się, że jest płatna tyle, że wcześniej "pani" zasnęła 1000 lei - 1 zł to 2500). Zaraz będzie pociąg do Ploesti, stamtąd do jedziemy do Brasov i potem do jakiejś górskiej miejscowości. W pociągu padamy, nikt nie narzeka na bezsenność. Środa Znowu plątanina ciał podczas snu, inaczej można by zwariować i nie dało by się zasnąć. Budzimy się około 9:00, ponieważ najprawdopodobniej już niedługo Ploesti, konduktor wyprowadza nas z błędu, podobnie jak napotkana dziewczyna, która po angielsku tłumaczy o której i na której stacji mamy wysiąść, do pomocy chętnie przyłączają się inne współ podróżniczki, ale już w rodzimym języku. O 11:10 wysiadamy, niestety nie na tej stacji, są dwa Ploesti wschodni i zachodni. Witają nas olbrzymie reklamy sieci telefonów komórkowych Dialog i Connex. Wkrótce okazuje się, że to nawet i lepiej, dokonujemy małego rekonesansu wokół dworca, nasze pierwsze zetknięcie z cenami (tanie są morele i wódka - około 3,5 zł). Jedziemy do Busteni, jest tam bezpośredni pociąg i znajduje się blisko szlaków (góry Bucegi). Wyruszamy o 12:40, w czasie podróży, która trwa godzinę spotyka nas miła niespodzianka. Jakaś starsza pani widząc naszą niepewność co do miejsca wysiadki, podchodzi do nas i pyta czy rozmawiamy po francusku. Odpowiadamy, że po angielsku i niemiecku. Kobieta płynnie po niemiecku tłumaczy nam, gdzie i kiedy wysiąść, gdy nie rozumiemy wszystkich słów przechodzi na język angielski. Ostrzega nas przed mającą nadejść deszczową pogodą, jestem pod wrażeniem 4 języki. 13:40 wysiadamy w Busteni i od razu Rumunki proponują nam kwatery do wynajęcia, padają przy tym horrendalne ceny. Dzielimy się tak by każda z pań miała obstawę i idziemy oglądać te cuda. Nasza nieznajomość języka rumuńskiego oraz żadnych innych przez Rumunów doprowadza do wściekłości. Idziemy do lokalnego biura turystycznego, gdzie łamaną angielszczyzną staramy pogodzić popyt z podażą. W końcu porozumiewamy się, że nie będę płacił za pokój zanim go nie zobaczę, a z sumy 30 000 lei za osobę zrobiła się wielkość 15 000 lei. Po powrocie na dworzec okazuje się, że mamy lepszą ofertę, dreptamy tam powoli, zapowiada się na deszcz. Na dworcu znajduje się również grupa wyrostków (11 - 14 lat), brudni z papierosami w ręku, robię im zdjęcie, jeden z nich zgaduje mnie płynną angielszczyzną czym mam coś co mogę mu dać i wskazuje na moją czapkę i napisem Polska (nigdy !!!!). W końcu dogadujemy się z jedną z Rumunek, faktycznie lokum jest świetne, a i cena nie odstrasza (13 000 lei). Mieszkanie w bloku, mamy do dyspozycji dwa pokoje (lokatorka wraz z córką śpi w kuchni), jest wanna, ale ciepła woda dopiero od 18:00, niektórzy nie wytrzymują i kąpią się w zimnej. Około 19:00 decydujemy przejść się po Busteni, może małe zakupy. Zostaje Luida, śpi, no i ja trochę piszę i w końcu też zasypiam. Budzę się dopiero na kolację - prawdziwa uczta: choisy, gorące kubki, morele, znakomity ser rumuński, no i sałatka produkcji a la Wujek. W trakcie kolacji oglądamy mecz Francja - Chorwacja (2:1), jakoś nikomu nie przeszkadza rumuński komentarz. Po meczu zgodnie oddajemy się w objęcia Morfeusza. Czwartek Pobudka o 10:00, małe śniadanie. Na dworze deszcz, zła to wróżba. Trochę przestało kropić, więc wreszcie wyruszamy w góry, po drodze odwiedzamy kilka sklepów i ostatecznie wyprowiantowani idziemy. 13:00 jesteśmy na szlaku, idziemy do Cabany Diham (Cabana = schronisko) jest tam znajoma Wujka, na szlaku spotykamy przewrócony i nadpalony traktor, kilku Rumunów próbuje go postawić na koła, stok jest prawie pionowy. Mijamy to przerażające widowisko. Zaczynamy się wreszcie pocić. Droga jest mało skomplikowana, lekko mży. Rafał gubi okulary, to jedyna zdarzenie przerywające w gruncie rzeczy monotonną wędrówkę. Około godziny 18:00 dochodzimy do Cabany. Wujek mówi, że jest zupełnie inaczej niż przed rokiem, pasą się konie, wszystko jest ogrodzone, możliwe, że nie spotkamy poprzedniej właścicielki Marianny. Faktycznie kto inny zajmuje się schroniskiem, ale Wujek i tak zostaje rozpoznany przez jednego z pracowników - to miłe. W środku jest dość elegancko i w miarę przystępnie, 15 000 lei za osobę (piwo 4400). Postanowiliśmy spróbować rumuńskiej kuchni, podano nam rosół i omlet. Na kolację - ciastka, Palinka (rumuńska wódka - 8500 lei, około 3,5 zł). Gramy trochę w kości, Wujek zdegustowany (nie lubi w nic grać) idzie podsumować dotychczasowe wydatki oraz wypróbować schroniskową toaletę. Zaczęliśmy grać, ale tym razem dla odmiany na gitarze, przysłuchiwała się temu grupa Rumunów, zaprosili nas na ognisko - idziemy. Próba pierwszej integracji, pijemy rumuńskie wino i rum, a oni naszą "Żubrówkę" pomieszaną z Palinką i Fantą. Próba nie do końca się powiodła, dwukrotnie pękła struna w gitarze, po czym zaczął padać deszcz, zdążyliśmy odśpiewać kilka naszych piosenek i wysłuchać paru rumuńskich. Wracamy wszyscy do Cabany, tam jednak nie idzie nam tak dobrze, część śpiewa, część (a właściwie tylko Agnieszka) rozmawia z naszymi nowymi znajomymi. W końcu idziemy do pokoju, zdążamy dowiedzieć się, że podejście na górę Omu (2505 m. n. p. m. jest nie możliwe, bez raków i lin nie damy rady. Byłoby to drugie nie udane podejście na Omu (w poprzednim roku trzeba było się wycofać z powodu lawin). Dokładną decyzję podejmujemy dopiero na drugi dzień, wstępnie ustalamy, że idziemy na Omu (różnica poziomów 1200 m.). Rumuni stają się trochę nachalni, bardzo chcą zaprosić nasze dziewczyny na imprezę, tańce i w ogóle, Agnieszce proponują by zostawiła nas i poszła z nimi. Jest późno, kładziemy się wreszcie spać. Piątek Pobudka o godzinie 9:00, ale zimno!!. Najpierw mycie, potem śniadanko, podają nam wrzątek o temperaturze 30 stopni. Zmieniamy trasę idziemy przez Cabanę Poiana - Izvoarelor (1455 m. n p m. ). Przed wyruszeniem farbujemy włosy z Rafałem na niebiesko, niestety efekt jest mizerny, ja myję , Rafał z głową w sine plamy idzie w góry. Wujek w tym czasie ma przygodę z toaletą, która przez moment zachowywała się jak fontanna, a nie jak muszla klozetowa (nie mówiąc już o jej zawartości). Idziemy dość długo, trasa jest ciężka, ale za to widoki wspaniałe, bez względu na ustrój czy zamożność obywateli przyroda broni się sama. Wracamy do Busteni, ale inną drogą. Na miejscu jesteśmy o 15:00, szukamy obiadu i generalnie wałęsamy się po mieście jakieś 3 godziny. W miedzy czasie zjadamy następny typowy rumuński obiad - fasolówkę, udaje mi się kupić za dolara kubek z którego piliśmy wino. Lokal jest niezmiernie elegancki i to jak na warunki polskie, a kelner wręcz nad uprzejmy. Dodatkowo knajpa nie odstrasza wysokimi cenami. Teraz małe zakupy i do telekabiny (kolejka górska). Pod wyciągiem niespodzianka, działa tylko do godziny 16:45, a jest 18:00. Co teraz? Siedzimy i czekamy na palec boży. Do wyboru namioty albo powrót do lokalu w jakim byliśmy dwa dni wcześniej. Nadchodzi dwóch chłopaków (Rumunów) też liczyli na telekabinę. Mówią po angielsku, jeden z nich wraz z Wujkiem idzie szukać pola namiotowego. Jest !!! Nie daleko znajdujemy kawałek trawy są tam już jakieś namioty. W pobliżu rzeczka, damy radę! Wraz z Agnieszką i Gosią cierpimy na brak łazienki, zdesperowani idziemy do ludzi po prośbie. Niestety nasza odysea kończy się nad rzeczką. Woda ma chyba minus 10 stopni. A teraz prędziutko do namiotu. Razem z nami rozbili się jeszcze poznani wcześniej Rumuni, Deni i Florin (skończyli ichnią szkołę średnią), po kolacji mężczyźni rumuńscy i polscy idą po drzewo na ognisko. Przy ognisku trochę śpiewamy, Wujek politykuje z Denim i Florin, doradzają gdzie udać się w najbliższym czasie. Na koniec dajemy popis wokalny z Rafałem, między kartki z piosenkami wplątała się kartka z zestawem co mamy brać na wyprawę, zgodnie ją odśpiewaliśmy, a oto próbka: Romanescu 98 1. Mazidło z filtrem przeciwsłonecznym 3. Płyn od komarów 5. Apteczka a) sulfaguamidyna, imodium - od sranka b) wapno (każdy bieże) + środek przeciwalergiczny... 6. Lumpy - tylko bawełna!... 20. Saszetka na dokumenty 21. Sznurek; 2 - 3 klamerki... Później ziemniaki z ogniska, ziemniaki te Wujek z Rafałem kupowali przez parę godzin najprawdopodobniej w sklepie z piwem i Palinką. Sobota Pobudka około 10:00, mamy dziś trudne podejście, różnica 1200 m. n p m., stąd propozycja by ktoś pojechał telekabiną, natomiast pozostali bez bagaży wdrapią się na szczyt. Jest bezchmurne niebo, widoki niesamowite, wieje dość mocno wiatr stąd wjazd telekabiną jest niemożliwy, jesteśmy zdani na własne siły. Po śniadaniu zwijamy namioty i idziemy w góry, po drodze mijamy parą Holendrów, którzy rozbili się koło naszego pola. Trasa jest ciężka, choć na razie przypomina deptak widoki coraz wspanialsze, domki Busteni zaczynają przypominać pudełka od zapałek, pogoda jest wciąż nieskazitelna. Wzięliśmy chyba za mało wody. Idą również z nami Deni i Florin, w ewentualnych konwersacjach zdajemy się na nich. Grupa podzieliła się na dwie części Agnieszka + Gosia + Luida + Iwona + Deni, no i my wraz z Florin z tyłu. Idziemy wolniutko, jak to Wujek określił tempem muła starając robić jak najmniej przerw. Co jakiś czas musimy jednak przystawać, bierzemy część rzecze z Wujkiem od Oli, sam też jestem zmęczony, ale wstyd mi się do tego przyznać. Widoki są coraz piękniejsze, czujemy, że jesteśmy w górach, nogi i plecy też to czują. Jesteśmy na wysokości, gdzie "deptak" zamienia się w wąską ścieżkę, trzeba zacząć uważać gdzie stawia się nogę. Co kilkadziesiąt metrów natykamy się na krzyże zabitych w tych miejscach, jest ich zaskakująca liczba jak na takie góry. Żadne z nas nie chce zasłużyć na tego rodzaju pamiątkę, wiec zachowujemy większą ostrożność, robimy coraz częstsze przerwy. Florin ma problemy z nogą, czekamy na niego kilkukrotnie. Kończy nam się już czekolada i woda, za to przyroda jest cudowna, nie da się tego opisać wiec pozostanę jedynie przy podkreśleniu tego faktu. Natykamy się na nieczynny wyciąg, budowla ta w tym miejscu sprawia niesamowite wrażenie i ta wysokość, Busteni coraz mniejsze. Znowu krzyż, ale tym razem osoba ta została zamordowana, rok 1990 - czas rozruchów w Rumunii. Wspinamy się coraz wyżej, to nasza pierwsza "porządna" góra - 2200. Kończy się wreszcie linia drzew, przez pewien czas wspinamy się skalną półką, liny i łańcuchy są nieodzowne do dalszej wspinaczki, trzymając się kurczowo stalowej liny pokonujemy ostatni odcinek przed granią. Pod nami majaczy malutkie Busteni, co za widok. Dochodzimy wreszcie do Cabany, niestety to jeszcze nie koniec, Cabana okazała się mirażem, jest zamknięta i nie ma w niej wody, chce mi się wyć!!!!! Wchodzimy na grań wiec marsz jest już prostszy. Jeszcze pół godziny do Petra Arsa. Już ją widać, jesteśmy zdegustowani wygląda jak nadmorski hotel, zupełnie nie pasuje do górskiego krajobrazu. W środku już jest kobieca część grupy, wypijamy po piwie i idziemy szukać miejsca pod namioty (o spaniu w "tym czymś" nawet mowy nie ma). Są tu marmurowe schody, niestety już częściowo połamane, wszystko jest w ciągłym remoncie, nie za bardzo wiadomo gdzie się ruszyć. Florin mówi, że jest tu ośrodek dla sportowców i buduje się tu jeszcze hale sportową. Faktycznie spotykamy ubranych w dresy ludzi, jedna z osób kupuje w barze papierosy, nie wróżę dobrych wyników tej drużynie. Znajdujemy wreszcie miejsce na namioty, jest blisko hotelo - schronisko, a przy tym osłonięte kosodrzewiną. Odkrywamy polankę tam staramy odciąć się od wszechobecnego wiatru. Namioty już stoję, teraz idziemy do schronisko hotelu umyć się. Deni jest tłumaczem, chcemy się wykąpać, niestety barman recepcjonista nie wyda nam klucza, twierdzi że nie starczy ciepłej wody dla mieszkańców więc mamy przyjść jutro (pewnie chce pieniądze), niestety nasza propozycja zapłaty nie znajduje podatnego gruntu. Myjemy się więc, ku zdziwieniu gawiedzi, w zlewach marnując jeszcze więcej ciepłej wody aniżeli pod prysznicem. Mamy chwilę czasu zjadamy z Rafałem prawdziwe rumuńskie danie Mici, wygląda jak mielony, ale nieco niedosmażony, smakuje wyśmienicie (2 500 za jedną sztukę). Wujek sprawdza co jakiś czas czy sieć telefonii komórkowej tu sięga, jesteśmy pod wrażeniem. Generalnie jest lepiej rozwinięta jak u nas (sprawdzaliśmy jeszcze w wielu miejscach). Zastanawia nas jeden fakt olbrzymia część społeczeństwa, w tym młodzi ludzie, pali papierosy. Nie zbyt szczęśliwie wygląda to na szlaku, gdy odpoczywamy a nasz znajomy popala sobie. Deni zapytany dlaczego mówi, że to przyjemność, co kraj to obyczaj... Na zakończenie dnia ognisko, trochę śpiewu, Palinki i do spania. Niedziela Jedynie nieliczni szczęśliwcy nie zmarzli tej nocy, ubrany w dwie bluzy, podkoszulek, spodnie trzęsę się jak galareta. Rano oczywiście budzę się z powodu gorąca i odgłosów dobiegających zza namiotu. To była niespokojna noc, a psy (która jest tu niezmierna liczba, skundlone bez wyraźnej rasy - nazywaliśmy je Romiki) wywlokły nam część jedzenia z namiotu, margaryna jest do wyrzucenia. Śniadamy o 10:00, Wujek twierdzi, że wychodzimy o 11:05, grzebiemy się niemiłosiernie, jeszcze mycie. W efekcie wychodzimy o 11:30. Naszym celem jest Cabana Babele, znajduje się w pobliżu skała zwana "Sfinksul" (jej podobizna jest na banknocie 50 000). Wpierw jednak do miejscowości Pestera, jest tam, jak twierdzi Deni, ciekawa cerkiew zbudowana w grocie. Pogoda jest idealna, idziemy jak turyści Orbisu, bez bagaży (pilnuje ich Florin). Po drodze, mimo, że szlak nie jest trudny, natykamy się na krzyże. Są, jak się okazuje, stałym elementem krajobrazu górskiego Rumunii. Około 14:00 jesteśmy przy grocie, cerkiew jest niezwykle zadbana, mury wybielone, widać przepych i bogactwo. Kręcimy się trochę dookoła, w końcu postanawiamy wejść do ciągnącej się dalej jaskini (bilet w cenie 5 000 lei). Grota sprawia niesamowite wrażenie i to wcale nie ze względu na cudowność natury, jaka "odłożyła się" w tym miejscu, ale z powodu zaniedbań. Kilkusetmetrowe korytarze często o wysokości kilkunastu metrów są nie zabezpieczone i nie przygotowane do zwiedzania. Wspinamy się na rzuconych bezpośrednio na skałę deskach wąskie kładki są tylko gdzieniegdzie oświetlone, stąd pomagamy sobie latarkami. Wszystko przypomina prowizoryczny plac budowy, a nie trasę wycieczki. Idąc po śliskich deskach należy uważać na ich ewentualne braki. Na rzecz skręcenia karku przemawiają również sporadyczne źródła światła. Karkołomnej ekwilibrystyki wymaga wyminięcie innych zwiedzających, miejsce na kładce jest przeznaczone najwidoczniej dla ruchu jednokierunkowego. Pomimo wielu nieudogodnień jest jedna olbrzymia zaleta całej sytuacji, której nie mają żadne z naszych jaskiń. Możliwość małego wandalizmu polegającemu na wchodzeniu tam gdzie się chce i indywidualnej eksploracji, z czego skrzętnie korzystamy robiąc sobie zdjęcie w wodospadzie. Mycie rąk w wodzie w jaskini jest normalnym zachowaniem, szczególnie, gdy wspinaczka po śliskich i brudnych szczeblach zostawia niezatarte ślady. Dochodzimy do miejsca, gdzie kończą się szczebelki, jaskinie się kończy, próbujemy przejść jeszcze dwa metry (wyławiam z wody 20 lei) i w tył zwrot do wyjścia. Po drodze Wujek o mało nie traci życia, ja natomiast miałem wątpliwą przyjemność spacerowania za pewnym Rumunem. Gość około 40 lat w czystym dresiku z kamerą w ręku, on po prostu śmierdział. Okazuje się, że podobne odczucia co do higieny większości społeczeństwa rumuńskiego mają również inni, w różnych sytuacjach podobne wnioski zaczynają się potwierdzać. A teraz na Babele, droga nieskomplikowana, ale pomimo to jesteśmy bardzo zmęczeni. 1,5 godziny zajmuje nam wdrapanie się na Cabanę Babele. Sfinksul nie jest niczym imponującym. Zjadamy na miejscu jakąś zupę, oczywiście z olbrzymią ilością chleba, który podaje się w Rumunii do każdego dania. Jeszcze łyk Coca Coli. Wzmocnieni zmierzamy na górę Costila (2498 m. n p m.). Po drodze natykamy się na jeszcze jedną Cabanę, gdzieniegdzie leży śnieg, korzystamy z tego skrzętnie (mała wojna na kulki). Niesamowity widok, pod nami przepaść oraz niczym nie zabezpieczony "taras widokowy", chociaż nie! Jest ochrona, dwa krzyże przypominają o tym by za bardzo się nie wychylać. Zmierzamy dalej na Costilę, wąziutkie ścieżki wywołują drżenie kolan, Ola z Luidą zostają, następny łamie się Wujek, reszta idzie dalej. Wysokość jest naprawdę imponująca 2 000 m., a pod nami Busteni. Idzie się świetnie choć niebezpiecznie. Wreszcie wychodzimy zza załomu jaki tworzy szczyt, droga jest pewniejsza. Nasze lęki zostały nagrodzone, na szczycie wznosi się taras z postumentem, a na nim kilkunastometrowy, metalowej konstrukcji krzyż. Robimy kilka pamiątkowych fotek dla potomnych. Trzeba wracać, pogoda się psuje, chyba zacznie padać. Zejście zajmuje nam wyjątkowo mało czasu. W schronisku czekają już na nas Wujek z Olą i Luidą, przy okazji psuje się aparat więc jestem wniebowzięty. Idziemy do domu, tj. do Cabany Petra Arsa, tj, do namiotów. Powrót jest spokojny i dość szybki, wzgórza wyglądają jak z filmu Brave Heart, brak tylko latającego w spódnicy Mela Gibsona. W schronisku dziewczyny sobie tylko znanym sposobem załatwiają klucz do prysznica - alleluja!!! Kąpiel zajmuje im dość dużo czasu, potem męska część grupy. Nie obyło się bez małego zgrzytu. Jakiś mieszkaniec czekał na nas, zrozumiałem jedynie z potoku słów "Polonez, polonez". Dobrze, że jutro już stąd spadamy. Po kąpieli postanawiamy zadbać o higienę wewnętrzną, pijemy piwo (Clucas), obok nas Rumun grają na gitarze, zaczyna jakiś standard rockowy, pokazuje mu OK. Za chwilę gra Wujek, chcemy by śpiewali z nami, idzie opornie, ale jest fajnie, przysiadają się inni. Zapraszają nas na mecz, dziś jest F I N A Ł !!! Po kolacji idziemy prawie w komplecie do sali telewizyjnej. Jest mnóstwo ludzi, dużo pali papierosy, ale cóż nie mamy nic lepszego do roboty. Wygrywa Francja 3:0 z Brazylią, posiliwszy się jeszcze jednym piwem wracamy do namiotów. Poniedziałek Noc była cieplejsza od poprzedniej. Dziś ruszamy do Sinai, a stamtąd do Brasov i późnej w góry Fagaras. Wyruszamy jak zwykle skoro świt czyli o 11:00, no może trochę wcześniej. Żegnamy się jeszcze z Denim i Florin (ich kolega chce kupić trochę polskich monet na pamiątkę, dostaje za darmo, ale za to grosze). Pogoda idealna, niebo bezchmurne. Postanowiliśmy zjechać telekabiną, żeby zaoszczędzić czasu. Podobnie jak w poprzednich wypadkach nie działa. Czeka nas dłuuuugie schodzenie. Mięśnie nóg wołają o pomstę do nieba, droga jest mało ciekawa. Dopiero o 15:00 docieramy do Sinai i tu czeka nas niespodzianka. Miasto to nie przypomina dotychczas widzianych miejscowości. Dużo tu hoteli, eleganckie sklepy, zadbani ludzie. Samochody w dużej części zagranicznej marki (do tej pory spotykaliśmy głównie Dacie w różnych odmianach i kolorach) i te domy, tak zadbanych i przepięknych nie spotkałem, w takim skupieniu, w Polsce. Niestety ceny są równie europejskie jak wygląd (camera 30 000lei). Wymieniamy kolejne 300 $, w zamian dostajemy kilogram rumuńskiej waluty narodowej, mamy spore problemy z przechowywaniem tak dużej (oczywiście objętościowo, 3 mln po 10 000 lei) sumy gotówki. Czuję się jak w Polsce przed denominacją. A teraz na dworzec, okazuje się, że mamy 40 min. czasu, idziemy wypić Coca Colę, na jedzenie nie ma czasu. Sinai zachwyciło nas swoim bogactwem i urokiem, ale jest też element, który przypomniał nam gdzie tak naprawdę jesteśmy - toaleta dworcowa. Pozostawia wiele do życzenia, zapach daje o sobie znać już przy kasie z biletami, nie da się zmylić drogi (w środku oczywiście standardowa pozycja "na narciarza" tzn. miejsce na nogi i dziura). Przyjeżdża pociąg, czas postoju na dworcach wynika z widzimisię maszynisty, wcześniej sądziłem, że to przypadek natomiast teraz mogę stwierdzić, że jest to regułą, więc nikogo nie dziwi wskakiwanie w biegu. Mamy miejscówki, wagon 11, ale jedynie Wujek z Rafałem zdążają go dopaść, my wsiadamy wagon wcześniej (i całkiem słusznie bo pociąg zaraz rusza), następnie próbujemy się przebić do naszych miejsc. Mamy pecha, nie wiem dlaczego, ale w tym wagonie jest pełno Rumunów stojących w przejściu, co ciekawe następny jest prawie pusty. Stoją przy każdym oknie i palą, co za naród. Udaje się nam dotrzeć do przedziału, przez okno widać Bebelę, górę Costila, te wszystkie miejsca, gdzie już byliśmy (mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku). Około 18:00 jesteśmy w Brasov. Dworzec z prawdziwego zdarzenia, nawet toalety czyste i zadbane, choć wciąż obowiązuje tu styl dziura i miejsca na stopy. Bagaże zostawiamy w przechowalni (4 800 za sztukę). Jedziemy autobusem nr 4 do centrum, przystanek nr 7, licząc od dworca. Chcemy kupić mapę Fagaras (mamy jedynie ksero z ręcznie naniesionymi szlakami), rozglądamy się za drobnostkami. Rozdzielamy się na dwie grupy Wujek z Rafałem szukają mapy, a my na pocztę. Otóż okazuje się, że za granice dociera jedynie 50% korespondencji, pod warunkiem, że wysyłamy z dużych miast i zostawiamy kartki w żółtych skrzynkach (wg przewodnika Pascal). Poczta okazuje się halą z kilkoma rzędami telefonów nie ma mowy o kasie z kartkami, a na pewno nie ma zalecanej żółtej skrzynki. Wracamy na deptak, choć mieliśmy spotkać się tu z Wujkiem. Sklepy nęcą wystawami, ale generalnie to co u nas, a i ceny porównywalne. Czekamy na resztę na rynku, a potem na kolacjo obiad. Godzinę trwa zbieranie się, w czasie której jeszcze dokonujemy zakupów prowiantu. Idziemy już w stronę dworca, szukając intensywnie jakiejś restauracji lub innego przybytku tego rodzaju. Na moment wchodzimy na jakąś wystawę sugerowani tłumem ludzi i napisem na budynku. Po półgodzinie podziwiania panoramy miasta natykamy się na odpowiednia lokal, w środku tylko jeden klient. Tak rozpoczęło się nasze spotkanie ze szpiegiem. Staraliśmy się odcyfrować menu, niestety pani kelnerka nie umiała nam pomóc, a mieliśmy ochotę na coś "konkretnego". Wtedy Wujek zapytał się naszego sąsiada czy zna angielski. Potwierdził skinieniem głowy, podeszliśmy do niego, objaśniał nam nazwy potraw i w pewnym momencie powiedział "świnina", zabrzmiało wyjątkowo polsko. Okazało się, że ów jegomość zna również język Polski (później przyznał się jeszcze do znajomości niemieckiego, francuskiego i rosyjskiego). Przyjął zaproszenie do naszego stolika. Wyglądał na mniej więcej 60 lat, w okularach, elegancki starszy pan. Zaskoczyła nas jego znajomość naszego języka, bezbłędna odmiana, końcówki również prawidłowe. Odpowiedział, że nauczył się tak na spacerach w Polsce do której podróżuje regularnie już od czasów Gomułki. Był również w USA, Francji, Niemczech, Rosji i to za czasów, gdy wydostanie się z demoludów było wręcz niemożliwe, a szczególnie z Rumunii. Był w wielu miastach, i ma znakomitą pamięć. Wiedział o szpitalu wariatów w Gorzowie (to pod wpływem Iwony - pytał się skąd jesteśmy), z Bolesławca (Luida tam mieszka) pamiętał o muzeum i cmentarzu Kutuzowa. Piliśmy wtedy piwo "Ursus" o czym też napomknął (fabryka), później zaczęli się przekomarzać z Wujkiem. Jegomość wspomniał o prezydencie Kwaśniewskim, Wujek twierdził, że nie zna takiego człowieka, a kto to jest itp. trwało to chwilę (znał jeszcze inne szczegóły naszej polityki, w odróżnieniu od nas, dalej nie wiem kto teraz rządzi Rumunią). Nasz znajomy z pewną nostalgią wspominał dawne czasy, żal mu było zamykanych fabryk w Rumunii. Wujek wtedy stwierdził, że kiedyś je budowano i wszystkiego brakowało, a teraz zamyka się i niczego nie brakuje. Trudno mu odmówić bystrości, łatwo nawiązywał kontakt, a przy tym się nie narzucał. Na koniec, zażartował z nas. Było już po 21:00, więc należało się zbierać na pociąg (o 22:41). Nasz znajomy wskazał nam drogę, a sam udał się w przeciwnym kierunku. Po chwili okazało się, że idziemy w złą stronę. Dworzec był w przeciwną stronę, jeszcze jakiś czas przeżywaliśmy to spotkanie, tyle podróżował, znał tyle języków i tak dobra znajomość języka polskiego, a przy tym dowcipny i inteligentny. Przed dworcem kupujemy jeszcze "Palinkę", trochę słodyczy. Na skutek nieznajomości rumuńskiego i ogólnego zamieszania, jedziemy pociągiem o 11:56 do Sibiu. Naszą stacją jest Voila. Próbujemy zasnąć. Około 3:00 jesteśmy w Voili, stacyjka mała, ale za to niezwykle schludna i czysta. Pijemy herbatę, gorące kubki i czekamy, mamy autobus o 7:30. Jest godzina 4:00, jest to nasze pierwsze spanie na dworcu, oni śpią u nas to my możemy się zrewanżować (niestety opcja spania na skwerku upadła). Wtorek Około 5:00 wchodzi do poczekalni jakiś Cygan, niezbyt schludnie wyglądający (Ola nazwała go Pampalinim), okazał się kolejną osobą znającą język polski, ale nie był tak ciekawą osobą jak nasz szpieg. Na stacji spotykamy jeszcze jednego człowieka, po angielsku objaśnia nam jak dostać się do Simbaty. O 6:00 idziemy na autobus, wioska jest zadbana, prawdę mówiąc to czujemy się jak w podkrakowskiej wiosce, te domy, ogródki. Maszerujemy wzdłuż drogi, docieramy wkrótce do czegoś co jest przystankiem, choć świadczy o tym jedynie ławka i jeszcze jedna osoba oczekująca na autobus. W pobliżu jest bar i pomimo wczesnej pory są już w nim stali bywalcy, tam dokonujemy drobnych zakupów - czekolada, napój. Czekanie na autobus nic nie daje, chyba trzeba łapać stopa. Kilku mieszkańców zainteresowało się nami. Pomagają nam znaleźć transport. Nic z tego idziemy do Simbaty pieszo (to około 2 km) stamtąd do kolejnej wioski i już w góry. Po 15 min. zatrzymuje się czerwony bus, kierowca pewnie powiadomiony przez mieszkańców. Sprawa polegała jedynie na uzgodnieniu ceny (chyba 15 000 lei od łebka). Jedziemy ponad 15 km do ...miejscowość jest nie do zidentyfikowania, znajduje się tam w każdym razie olbrzymi monastyr. Jesteśmy na miejscu około 9:00. Śniadanie, leczenie ran, spanie, łatanie dziur. Potem narada wojenna; odsypiamy pociąg teraz i idziemy w góry za parę godzin czy odpoczywamy dopiero w Cabanie. Idziemy! Trasa początkowo jest wyjątkowo łagodna i szeroko. Pogoda dopisuje. Po godzinie wchodzimy na prawdziwy szlak, idziemy ciągle wzdłuż rzeki, w przerwie robimy sobie moczenie nóg i dalej w góry. Miejscami drogą sączy się woda, a na niektórych odcinkach idziemy niegroźnym strumykiem - ma to swój niewątpliwy urok. Zaczyna się robić stromo. Dobra nowina do schroniska tylko 2,5 h, ale nieprzespana noc daje się we znaki i zmęczenie przychodzi wcześniej niż zwykle. Około 13:00 robimy sobie przerwę obiadową, gorąca herbata plus jakaś kanapka. Po takim wypoczynku chyba nikomu nie chce się ruszać. Jeszcze tylko 1h, droga jest stroma, ale bezpieczna i przede wszystkim piękna. Idziemy wciąż wzdłuż rzeki, mijamy powalone drzewa. O 15:00 jesteśmy w schronisku, chyba nie ma żadnej nazwy. Położone jest w malowniczej dolinie zaraz przy rzece - jak w bajce. Cena noclegu 15 000 lei, ale warunki ohydne. Rozbijamy namioty, a potem do kąpieli. Woda pomimo, że górska jest niezwykle ciepła, może to być spowodowane nagrzanymi kamieniami między, którymi leniwie się sączy. Panie na prawo, panowie na lewo. Po raz kolejny otwieramy sezon naturystyczny. Jeszcze tylko pranie. Uroku dodaje olbrzymie stado owiec pędzone z gór. Potem kolacja (dziewczyny kupują kozie mleko, nie mogę zrozumieć powodu ich zachwytu, wcale nie jest dobre podobnie jak bryndza jaką nam proponuje jakiś tubylec, Wujek nie może się powstrzymać i pluje przy gospodarzu faktycznie smakuje jak mydło), atmosfera w grupie coś się psuje, niektórzy poszli już spać. Została jeszcze "Palinka", ogólnie panuje marazm i nie ma mowy o ognisku czy graniu na gitarze. Za oknem Rumunii bawią się, a my do namiotu, jutro ciężka trasa. Środa 9:15 Wujek budzi wszystkich, o 10:00 pierwsza reakcja. Zwijamy się powoli jednocześnie robiąc śniadanie, w ciągu kilku sekund nadciągają chmury, biegniemy składać namioty, kończymy już w deszczu. Zmoknięci już w Cabanie zjadamy śniadanie. Czekamy na koniec deszczu, plany trochę się pokrzyżowały. Wyruszamy dopiero około 12:30, na szlaku jest dość ślisko wszędzie rozpościera się mgła. Zmyliliśmy drogę. Widoczność jest "na oko" 15 m. Wędrujemy dość długo i w pewnym momencie mgła się rozwiewa przez parę sekund widać kotlinę w której jesteśmy i siebie nawzajem. Widowisko jak pod wpływem magicznej różdżki znika i znowu wędrówka po omacku. Już sama mgła jest niesamowita mam wrażenie, że można ją kroić nożem, nie spotkałem tak gęstej na równinach. Dla bezpieczeństwa zachowujemy odległość 3 m. Co jakiś czas przerwa na czekoladę. Zaczęły się prawdziwe góry. Po 1,5 h wchodzimy na grań, choć wydaje mi się, że minęły lata. Było ciężko, widok jaki nas spotkał jest nieprawdopodobny z jednej strony panorama gór w dali strumyczki i płaty śniegu, a po drugiej stronie grani nic tylko mgła. Widać ją jak zaczyna się u naszych stóp by kilka centymetrów dalej kończyć się jak ucięta nożem. Na grani znajduje się drogowskaz do najbliższej Cabany 8 godzin. Nie tylko my robimy sobie przerwę są jeszcze jacyś turyści. Zaczyna brakować nam wody, a nie wiadomo, gdzie najbliższa rzeka. Wujek napełnia butelki śniegiem. Już chcemy iść dalej, gdy nagle widzimy małego Romika, nie wiem kto przytransportował szczeniaka na tą wysokość, ale nie grzeszył inteligencją. Piesek nie ma nawet siły by podejść po jedzenie. Podkarmiamy go, może ktoś następny również się zlituje zawsze to jakaś szansa. Wspinamy się na 1 górę, Romik trochę nabrał sił skomląc idzie za nami. Schodząc natrafiamy na jakiegoś turystę, po niemiecku pyta się gdzie idziemy, twierdzi, że jeszcze 2 godziny nie będzie wody, a po 3 jest jakiś "domek". Prosimy by zabrał ze sobą Romika. Kolejna 2 góra przed nami, robimy kilka przerw, jest coraz zimniej. Na kolejnej 3 górze zaskakuje nas deszcz, przykrywamy siebie i plecaki folią malarską, siedzimy tak przez kilkanaście minut, wyglądamy jak obiekty kosmiczne. Idziemy dalej, mgła towarzyszy nam z większą lub mniejszą częstotliwością. I kolejna 4 góra, i znowu deszcz kolejny raz wyciągamy nasze kosmiczne folie. Jest woda i to nie ta deszczowa, nabieramy ile się da. Około godziny 19:00 dochodzimy do miejsca, gdzie jest "domek" w środku są już ludzie, okropna nora i pewnie jeszcze palą. Poniżej w dolinie, koło jeziora zauważamy kilka namiotów. Nie ma szlaku prowadzącego do doliny, schodzimy nieco po omacku, śliska trawa daje się we znaki część trasy pokonuje na plecaku i pupie, inni chyba też. Udaje nam się całym dojść do mety. Miejsce jest wyśmienite przy jeziorze jest chyba ponad 8 namiotów, języki śniegu ciągną się od wody aż pod skalne półki. Dolina wygląda jak sceny z Parku Jurajskiego. Rozbijamy szybko namioty, są problemy z wybraniem miejsca, grunt jest dość krzywy - ciekawie będzie się spało. Tym czasem wraz z Rafałem i Wujkiem idziemy wypić drinka. Jest oryginalny najpierw "Palinka" , a potem morda w jezioro. Po skończonym rytuale robimy mały rekonesans. Trzeba wracać zaczyna padać. Robimy kolację w "świetlicy", herbatka, kawka. Wujek przechodzi sam siebie, poza tym, że jest ganiany jak młody to wykazał się jako kucharz, ugotował zupę na ... "Palince". Zupa została oczywiście zjedzona tym samym przeszła do historii sztuki kulinarnej jako bezprecedensowe odkrycie na miarę teorii względności. Po kolacji zalegamy w dziwnych pozycjach w namiocie. Wujek gra nostalgicznie na gitarze, co za wieczór, ciemno, cicho, muzyka gra no i Gosie śpiewa. Ale nawet taki wieczór się kończy, trzeba spać jutro będzie znowu ciężka trasa. Pada deszcz, a namiot okazuje się niekoniecznie szczelny. Czwartek Noc była przeklęta, padał deszcz (do środka namiotu też), nierówna podłoga i jeszcze było straszliwie zimno. Jest już dzień, deszcz nie chce przestać padać, a namiot nie chce przestać przeciekać. Pada pada pada pada pada ... Siedzimy wszyscy w namiocie, zawsze to cieplej i raźniej (wszyscy poza Iwoną, ona chodzi swoimi ścieżkami). Pada dalej, czasami mocniej zawieje. Od czasu do czasu poprawiam tropik (nie wiele pomaga). Robimy herbatę, choisy. Pada pada pada pada ... Od czasu do czasu zagramy na gitarze, śpiewamy, ale mało zdecydowanie. Jest zimno, jesteśmy przykryci 3 śpiworami. Wyjście po wodę na herbatę jest karą. Swoje potrzeby zostawiamy na cieplejsze czasy. Namiot jest trzy osobowy, teraz jest w nim siedem osób i gitara, jest niewygodnie, ale fajnie. Pada pada pada pada, czasami mocniej zawieje, pada. Czas nie ma znaczenia jest 13:00, a może 17:00. Dopiero o 20:00 zjadamy kolacje, Ola z Gosią gotują pure ziemniaczane i zupę fasolową (niestety nie widać różnicy), smakuje ohydnie. Reszta jest mniej wybredna. Jedzenie przypomina sceny z walki o ogień, nie wiem co będzie dalej, ale dobrze byłoby ruszać, tym bardziej, że kończą nam się zapasy. Mamy jeszcze 1,5 chleba i 2 konserwy. Podejmujemy dramatyczną decyzję bez względu na jutrzejszą pogodę wyruszamy w przeciwnym wypadku czeka nas tu śmierć głodowa. Idziemy spać około 22:00, deszcz nie przestaje padać, ale pojawia się nowe zagrożenie - wiatr. Mam wrażenie, że za chwilę wyrwie namiot. Razem z deszczem tworzą zgrany duet. Wody mamy już pełno wszędzie. Co dalej? Długo nie mogę zasnąć, konstrukcja namiotu wygina się nie miłosiernie, połowę namiotu mamy na swoich twarzach tak mocno napiera wiatr. Cud, że jeszcze nie połamało konstrukcji nośnej. Deszcz, wiatr i tak na zmianę... W końcu zaczynamy się przyzwyczajać do sufitu stykającego się z podłogą. Zasypiam jako ostatni z nogą w, zbierającej się w kącie, wodzie, jedną ręką trzymając namiot, a drugą kawałek śpiwora. Pobudka około 8:00, wiatr porwał część tropiku. Jest mgła i wiatr, jedyne pocieszenie to fakt, że nie pada. Wujek dowiaduje się od Czechów (to te 8 namiotów) którędy iść. Zwijamy naprędce namioty, wszystko jest mokre, nie mam chyba żadnej suchej rzeczy. Wieje bardzo mocny wiatr. Mamy zgrabiałe ręce, odmrozić sobie ręce w lipcu to nie lada sztuka. Czesi już wyszli, za pół godziny w mokrych butach i ciuchach my. Szukamy szlaku, przy takiej mgle to prawdziwy cud. Silny wiatr wytrąca nas z równowagi, chwila nieuwagi i lecimy w dół. To przestaje być zabawne, a zaczyna być niebezpieczne. Śliska trawa i zdradliwe kamienie dodają tylko adrenaliny. Nie wiem jak długo, ale w końcu wdrapujemy się powolutku na grań. To dopiero początek. Czeka nas 5 - 6 godzin marszu do wsi o nazwie Victoria. Będzie to faktycznie nasza victoria jeżeli dojdziemy tam cali. Mgła nadal nam towarzyszy, wiatr miejscami cichnie, ale zaraz o sobie przypomina. Jest dość stromo schodzimy powolutku bardzo powoli. Przechodzimy po śniegu, pod nami przepaść. Z góry widać Czechów są kawałek drogi przed nami ubrani w czapki, rękawiczki... Najgroźniejsze za nami, schodzimy poniżej linii mgły i deszczowych chmur. Dolina wygląda imponująco, ale nie mamy nastroju na zachwyty. Idąc trawiastą doliną upadki są na porządku dziennym. Robimy sobie w końcu odpoczynek i skromny posiłek. Jest około 11:00. Idziemy wzdłuż rzeki, dość rwący nurt nie nastraja do przepraw, niestety jesteśmy zmuszeni. Szukając najkorzystniejszego miejsca spotykamy pasterza owiec, gwiżdże na nas. Próbuje nam pomóc, nie mogę się oprzeć robię mu zdjęcie. Człowiek jest niesamowity. Jest trochę jak Rumunia biedny, brudny, ale skory do pomocy i otwarty na innych. Nie mamy mu co dać, wyskrobujemy parę polskich groszy (dokładnie 25) na pamiątkę, aż dziwi jego radość. Jeszcze kilkukrotnie przecinamy rzekę, która z powodu ostatnich deszczy wezbrała, stąd ten jej groźny stan. Niestety dalsza droga prowadzi przez podmokłe tereny wiec wkrótce wszyscy mamy wodę w butach. Początkowo próbowaliśmy jeszcze chodzić po kamieniach tak by jak najmniej się zamoczyć. Później nie było sensu i tak mieliśmy wodę w butach, idąc szlakiem, którym płynął regularny strumień szliśmy środkiem bo tak najpewniej. Ponieważ zaczęło świecić słońce nasze plecaki służyły jako przenośna suszarnia, poobwieszani skarpetami, ręcznikami wyglądaliśmy chyba naprawdę groźnie. Zmęczenie dawało się w różny sposób we znaki. W pewnym momencie zapytałem się Wujka czy nie ma wody do picia, mówiłem to stojąc po kolana w wodzie. Szliśmy wiele godzin, ale nie wydarzyło się nic godnego uwagi poza widokami, ale tych nie da się opisać i każdy na swój sposób pamięta tamte obrazy. Mijamy wylegujących się Czechów suszących dobytek, ciekawe co myślą o naszej wariackiej wyprawie bez odpowiednich ubiorów nawet bez mapy. Już widać Victorię, ale jeszcze 5 km Wraz z Gosią, Luidą i Olą jedziemy stopem (oczywiście Dacią), wieziemy wszystkie bagaże. Ciekawy jest sposób rozmowy z kierowcą mieszanina angielskiego i niemieckiego oto próbka: "ich bin forrestman" powiedział nam kierowca. Dowozi nas po dworzec autobusowy (autogara po rumuńsku). Mamy trochę czasu więc na raty zwiedzamy miasto, a właściwie tylko targ (identyczny jak u nas pewnie niektórzy sprzedający też ci sami). Mam szczęście znajduje 100 lei. Około 16:00 jesteśmy wszyscy. Reszta idzie po zakupy (Wujek każe mi kupić bilety, ale nie mówi dokąd). 16:30 wsiadamy do ... to jest autobus, nie wygląda. Klimat głębokiego PRL-u, zardzewiały, poobrywane siedzenia i kierowca wyglądający dokładnie jak autobus. Stwierdziliśmy, że jest to autobus ekologiczny, ponieważ ma rurę wydechową skierowaną do środka (taki zapach jest w środku). Dojeżdżamy do CRF (PKP), mamy 30 min. do pociągu więc małe suszenia śpiworów, namiotów. Pociąg nadjeżdża, nauczeni doświadczeniem wsiadamy jak najszybciej. Zajmujemy cały dół piętrusa, rozłożone śpiwory, buty, skarpety, ręczniki. Wyglądamy jak tabor cygański. Wszyscy mamy bilety ulgowe choć przysługują tylko trzem osobom, Rafał okazał swój bilet miesięczny MZK, my daliśmy swoje legitymacje studenckie, ale równie dobrze można było dać świadectwo chrztu. Konduktor sprawdził skrupulatnie wszystkie dokumenty, pokręcił trochę nosem na nasz majdan porozwieszany po całym pociągu i poszedł. Dojechaliśmy szczęśliwie do Ploesti. Mamy trochę czasu, stoimy ratami w kolejce po bilety, tam pani bileterka dzwoni czy są miejscówki, wszystko trwa ponad pół godziny. Koło nas biega dwóch Rumunów, około 10 i 14 lat, wąchają sobie butapren w woreczkach. Robimy zakupy, wino, żeby uczcić przeżycie wszystkich Doliny Śmierci. Miejscówek nie ma, będziemy siedzieć osobno. W pociągu okazuje się jak bardzo się myliliśmy. Mieliśmy szczęście, że stoimy. Tłok niesamowity, czeka nas 4 -5 godzin takiej wegetacji, jesteśmy porozrzucanie po całym składzie. Koło nas Rumunii piją "Palinkę" i palą papierosy. Ktoś śpi w toalecie, wkładamy tam nasze bagaże. Potem sam zasypiam w tym miejscu. Rumunii tłumaczą nam stacje jakie mijamy po drodze, ogólnie są w porządku. Chyba około 5:00 jesteśmy w Suczawie, kręcimy się po dworcu. Niedziela Chcemy rozbić namioty za miastem, żeby je wysuszyć. Jest nawet jakiś camping, tam możemy dojechać taksówką. Pomysł upada idziemy szukać z Gosią i Wujkiem miejsca u ludzi, wchodzimy w pierwszą zagrodę. Mamy problemy z porozumieniem, pomaga nam jakiś chłopak znający angielski. Gospodyni się zgadza, lecimy po resztę i bagaże, kupujemy dwie czekolady. Rumunka jest chyba trochę przerażona, pewnie myślała tylko o trzech osobach, już za późno. Rozkładamy się z majdanem, wszędzie są nasze rzeczy. Iwona prosi o gorącą wodę, chce umyć głowę. Widać po minie gospodyni, że żałuje zaproszenia nas do siebie. Kiedy oswajamy się z sytuacją i wiszą wszystkie mokre rzeczy planujemy co dalej. Mamy cały dzień. Jedziemy zobaczyć Monastyry, ale nie wszyscy nie mogę się ruszyć (poobcierane nogi po wodnej wędrówce), Luida chce spać, zostaje też Ola. Reszta wyrusza. Teraz opowieść Gosi z Monastyrów: "Około 10:00 wyruszamy na podbój szlakiem Monastyrów. W Suczawie wsiadamy do podmiejskiego autobusu nr 2 by udać się na dworzec autobusowy. Po krótkim odpoczynku przed skwerem w pobliskiej kafejce, w której sączymy piwo oraz gorącą czekoladę udajemy się na dworzec by tam odjechać autobusem o godzinie 11:00 i udać się do mieściny o śmiesznej nazwie. Tam łapiemy stopa w postaci wozu drabiniastego z koniem sztuk jeden. Po przejechaniu kilku kilometrów dziękujemy za podwiezienie i dalszą drogę do Monastyru Voronet, stojącego jako pierwszy na naszym szlaku, pokonujemy już pieszo. Monastyr otoczony jest grubym murem kamiennym, przy którym z jednej strony "przyklejony" jest sad owocowy, a w nim groby zmarłych. Kupujemy bilety za 5 000 lei i wchodzimy na dziedziniec. W jego centralnym punkcie stoi piękna budowla sakralna, która od zewnątrz pokryta jest freskami. Są piękne, kolory intensywne, sceny przedstawione na poszczególnych malowidłach (malowane są w odrębnych kawałkach), natomiast te tworzą całość składającą się z różnych wątków. Wchodzimy do środka. Panuje tam chłód, półmrok i cisza. Ludzie, którzy tam przebywają są skupieni, podziwiają freski znajdujące się wewnątrz oraz stare obrazy, których najczęstszym motywem przewodnim jest Jezus. Kupujemy świecę, a właściwie chudy patyczek pokryty woskiem i stawiany w specjalnych skrzynkach przeznaczonych by w ten sposób uczynić za dość naszej obecności. Wychodzimy na zewnątrz by w pełni docenić piękno obiektów oraz bliżej przyjrzeć się mniszkom, które opiekują się obiektem. Obchodząc świątynia natrafiamy na fresk przedstawiający sąd ostateczny, jest naprawdę piękny! Opuszczamy obiekt i udajemy się na małe targowisko pamiątek. Agnieszka kupuje jakieś rękodzieło ludowe z drewna i udajemy się w drogę powrotną. Po przejściu około 2 km zaczepiamy panią, która wyjeżdża ze swojej posiadłości. Po małych negocjacjach kobieta zabiera nas i podwozi na dworzec kolejowy do pobliskiej miejscowości, w której właśnie odbiera swojego męża z pracy. Około godziny 15:00 wsiadamy do pociągu legendy, który chyba tylko siłą woli kula się do pobliskiej wioski. Wnętrze przedziału jest całe z drewna i tylko siedzisko wypchane jakimiś trocinami, które amortyzują kontakt z otoczeniem. Wysiadamy w małej wiosce, gdzie atmosfera jest naprawdę sielska przechodzimy przez cmentarz. Przechodzimy przez cmentarz, który znajduje się w sadzie, a w nim dodatkowo kopy siana. Niesamowite. Monastyr we wsi Moldovita jest równie piękny co poprzedni. Wchodząc na dziedziniec po lewej stronie mijamy studnie, przy której gromadzą się tłumy ludzi by nabrać z niej butelkę wody. Spekulujemy w jakim celu? Obiekt zachowany jest w bardzo dobrym stanie. Freski są lepiej utrzymane niż w Voroncu. Dodatkowo na terenie Monastyru znajduje się małe muzeum pamiątek związanych z Monastyrem. Piękne aleje kwiatów i krzewów. Opuszczając obiekt kierujemy się w kierunku studni by skosztować chłodnej wody, a nie piwa jak przypuszczali niektórzy. Wychodząc z obiektu, który również jak poprzednie obsługiwany jest przez mniszki, robimy fotkę jednej z nich. Przed Monastyrem dużo turystów, a Leszek z Gosią biegają od jednego do drugiego prosząc o wydostanie się. Małe negocjacje i jest, jedziemy! Mamy 50 min. taki czas ustaliła turystka, która ubłagała swojego męża by wziął biedne sieroty, które ni jak nie mogą wydostać się do cywilizacji. Jest przerwa więc ustalamy, że idziemy coś zjeść. Dwie knajpy, a w nich zbiorowe posiłki dla "wiernych". W jednej z nich ubłagaliśmy właścicielkę by pozwoliła nam coś zjeść. To coś jak się później okazało było zupą czosnkową za 7 000 lei z dodatkiem papryki na przegryzienie plus nieśmiertelny chleb do każdego posiłku. Na sam zapach Gosia odpada w przedbiegach oddając swoją porcję bardziej potrzebującym. Wracamy, na drodze zauważamy Iwonę, informuje nas, że nasi dobroczyńcy odjechali. Idziemy na stopa lecz po przejściu małego kawałka rozdzielamy się, gdyż powstają dwie koncepcje powrotu: 1 - Wujka by wrócić do Monastyru i tam ponownie błagać jakiś turystów. 2 - zostać na drodze i zatrzymać pojazd. Drugą opcję wybiera Rafał, Gosia i Agnieszka. Po 2 min. zatrzymują atrakcyjną Dacie z mniej atrakcyjnym kierowcą. Prujemy z prędkością 120 km/h systematycznie używając klaksonu. I tak po 10 min. znajdujemy się we wsi, coś na V. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i pstryk, jedziemy dalej. Kolejne 20 km jesteśmy do przodu. Mała przesiadka i czas na siusiu. Przechodzimy 20 m. i pstryk jedziemy dalej tym razem do Suczawy. Tak na marginesie to Rafał miał naprawdę dobrze z nami. W domu, a właściwie w ogródku "naszej babci" znajdujemy się o 19:30. W samej Suczawie meldujemy się o godzinę wcześniej." Opowieść moja: Pierwsze co zrobiliśmy po wyjściu Wujka i reszty to śniadanie, a potem spanko. Nie wiedzą co tracą. Budzimy się koło 12:00, powoli bardzo powoli wstajemy. Idziemy zwiedzić miasto. Zwiedzamy najbliższe sklepy robiąc mały rekonesans cen. Druty trolejbusu prowadzą nas do najbliższego centrum. Kilkumetrowe dziury w jezdni przypominają nam, że jazda po Rumuni samochodem to nie lada wyczyn. Po drodze zamierzamy coś zjeść. Znajdujemy jakąś restauracyjkę, chwilę trwa zamówienie (prosiłem o podwójną porcję, kelnerka się nie zgadza, tylko pojedyncze). Podają "coś" plus chleb, niedobre. Idziemy na zakupy. Wszystkie sklepy są takie same tzn. spożywka + alkohol i tutaj ciuchy albo jakaś inna zmienna. W drodze powrotnej nabywamy jeszcze arsenał pamiątkowych rumuńskich wódek. Szukaliśmy jeszcze bezskutecznie widokówek, zdesperowani w pewnym hotelu pytamy się, gdzie można kupić (poczta była zamknięta). Mówiliśmy po angielsku, niemiecku w końcu po rosyjsku, nawet rysowaliśmy widokówkę i wtedy recepcjonista dał nam swoją kartę kredytową. Wysyłanie kartek jest zdecydowanie obce temu narodowi. Postanowiliśmy spróbować rumuńskiej pizzy. Nie było podziału na małe i duże, zamówiliśmy taką za 15 000 lei. Dostaliśmy coś co miało rozmiary bułki, była niezwykle smaczna, podana wyjątkowo bez chleba, ale dlaczego taka mała. Idziemy do namiotu, idziemy oczywiście spać. Po godzinie przybywa część grupy, po jakimś czasie dobijają maruderzy. Czas się zbierać jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z naszą gospodynią. Myjemy się w hotelu (tam gdzie szukałem widokówek) w zlewie. Jest 22:00 bierzemy mini busa i jazda na dworzec autobusowy. Czujemy jak kierowca wykonuje nagłe zwroty, już wiem, że omija dziury, ale mam wrażenie jakbyśmy uciekali. Na dworcu mamy jeszcze 5 godzin do autobusu do Czerniowców (nie można bezpośrednio do Przemyśla, nie w weekend) a stamtąd do Przemyśla albo Lwowa. Mamy dużo czasu więc kładziemy się spać, oczywiście na dworcu. Ktoś otwiera nam poczekalnie, przenosimy się z dworu do środka, zasypiamy wszyscy, część na karimatach, niektórzy na ławkach. Na zewnątrz z towarem czekają już Rumunii też do Polski. Autobus spóźnia się o godzinę, ruszamy, znowu zasypiamy. Dopiero na granicy musimy wstać. Rumuńską przechodzimy "dość" szybko jak na wschodnie warunki. Wydaje moje ostatnie 500 lei (wiadomo toaleta). Na granicy Ukraińskiej bez zmian, znowu wykupujemy ubezpieczenie, ale teraz jakiś Polak pożycza nam hrywny wiec jest taniej niż ostatnio. Każą wyładować toboły, mamy po jednym plecaku wiec to dla nas nie problem, ale te rumuńskie babiny, kilkanaście toreb ciągną 50 m. po ziemi tylko po to by tam załadować je spowrotem do autobusu. Mamy wiele czasu, Rafał, który dostał mani obcinania stwierdził, że jest mu gorąco i obciął sobie nogawki spodni. Całej operacji przyglądał się Ukraiński celnik. Podszedł i spytał się czy mamy pozwolenie na taki nóż. Chciał być miły na swój wschodni sposób. Ostatecznie chciał go kupić za 30 $. Luida była jednak twarda i przy okazji wyłuszczyła mi swoją filozofię na temat sprzedawania. Ceny są kosmiczne litr soku w kartonie kosztuje prawie 5 zł. Jedziemy do Czerniowców. Jesteśmy tam około 9:00, po drodze mijamy olbrzymie targowisko, taki nasz stadion dziesięciolecia. Dojeżdżamy do ukraińskiego PKS-u, niestety nie ma stamtąd autobusu do Przemyśla. Wszyscy składają się "na kierowcę", żeby zawiózł nas w odpowiednie miejsce. Prawie godzinę zajmuje nam ta podróż. Czerniowce są olbrzymie. O 10:00 dojeżdżamy do przemysłowej części miasta, tam na olbrzymim POM-ie czekamy do 12:00. Robię sobie wycieczkę po mieście. Robi niesamowite wrażenie, wielkie kombinaty, hale fabryczne, zakłady i wszystko martwe, nic się nie dzieję, nikt tego nie pilnuje. Krajobraz iście księżycowy. Mamy pewne problemy z babcią klozetową (Wujek i Rafał). |